leksykon

PANEL LOGOWANIA

Nie masz konta ? Zarejestruj się !

WYSZUKAJ
LEKI

 

Stawka kapitacyjna w POZ jest za niska

 

Stawka kapitacyjna w POZ jest za niska

 

(Data publikacji: 2013-04-18)

 

Wszystko wskazuje na to, że stawka kapitacyjna jest zupełnie źle liczona. Szczególnie wagi wiekowe zupełnie nie odpowiadają rzeczywistym obciążeniom - mówi nam prof. Adam Windak, konsultant krajowy w dziedzinie medycyny rodzinnej, wiceprezes Zarządu Głównego Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Rynek Zdrowia: - W opublikowanym niedawno stanowisku Zarządu Głównego Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce dotyczącym finansowania POZ zwrócono uwagę, że aktualna stawka kapitacyjna wymaga podwyższenia, gdyż była niezmieniana od 2008 roku. O ile ta stawka miałaby wzrosnąć i jakie wyliczenia uzasadniałyby tę zmianę?

Prof. Adam Windak: - Na przestrzeni ostatnich lat rzeczywiste obciążenia lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej znacznie zwiększyły się. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele. Po części odpowiada za to niewydolność innych obszarów opieki zdrowotnej, jak choćby ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Tam na konsultacje niektórych specjalistów trzeba czekać miesiącami. Ich gabinety często „zapchane” są pacjentami, co paradoksalnie wcale nie odciąża podstawowej opieki zdrowotnej.

Doszło do rozszczelnienia systemu i nadużywania opieki specjalistycznej, często bez medycznego uzasadnienia. Jednak ci sami pacjenci są częstymi bywalcami także gabinetów lekarzy rodzinnych. W rezultacie wielu pacjentów, którzy powinni być diagnozowani i leczeni w opiece specjalistycznej nie trafia tam i pozostaje wyłącznie w opiece podstawowej.

W ostatnich latach potężnie wzrosły obciążenia administracyjne, jak na przykład raportowanie, weryfikacja uprawnień, zbieranie oświadczeń. Zmusza to do zatrudniania dodatkowego personelu pomocniczego, a to rodzi nowe koszty. Możliwe, że podobna sytuacja jest też w innych częściach systemu, ale tam nakłady rosły, a w podstawowej opiece zdrowotnej, szczególnie w ostatnim roku, pozostają bez zmian.

Wszystko wskazuje na to, że stawka kapitacyjna jest zupełnie źle liczona. Szczególnie wagi wiekowe zupełnie nie odpowiadają rzeczywistym obciążeniom. Pisałem o tym w moim raporcie dla Ernst & Young w ramach programu „Sprawne państwo” z ubiegłego roku. Najpewniej najstarsza grupa pacjentów jest znacznie niedoszacowana.

Ostatnie napięcia związane z weryfikacją uprawnień w bazie eWUŚ pokazały, że przekonanie, w którym byliśmy utwierdzani przez lata, iż 99 procent obywateli jest ubezpieczonych, to fikcja. Dzisiaj próbuje się powiedzieć, że skoro 10 procent obywateli jest nieubezpieczonych - a tak właśnie duża jest skala błędu, w jakiej tkwił system - to nie trzeba za nich płacić stawki kapitacyjnej.

Ktoś chyba zapomniał, że stawka była wyliczana z przyjęciem wszelkich wad i dobrodziejstw solidaryzmu społecznego. Innymi słowy, za chorych płacili zdrowi i ci, którzy z opieki - przynajmniej tej publicznej - nie korzystali. Idąc za tą logiką, jeżeli z bazy ubezpieczonych „usuniemy” 10 procent osób niepłacących, to stawka kapitacyjna powinna wzrosnąć o 10 procent.

- W stanowisku mowa jest też o potrzebie wprowadzenia motywacji finansowej za osiąganie przez POZ celów opartych o EBM np. w zakresie minimalnej interwencji nikotynowej, szczepień czy badań cytologicznych. Zakładając, że propozycja będzie dyskutowana - jak metodologicznie ocenić osiąganie wspomnianych celów? Taka ocena wymusi przecież wzrost sprawozdawczości...

- Obawiam się, że w kwestii wyceny świadczeń, szczególnie w obszarze opieki podstawowej, tkwimy w innej epoce. Stawka kapitacyjna, która ma zasadnicze znaczenie dla spójności i efektywności systemu, nie powinna i nie może być jedyną metodą opłacania świadczeń podstawowej opieki zdrowotnej. Ale jednak wciąż jest. I to na niezmienionym poziomie od lat.

To co było genialne i nowatorskie w roku 1999 w momencie rozbratu z „realnym socjalizmem”, w drugiej dekadzie nowego milenium co najmniej trąci myszką. Kilkanaście lat to dosyć, żeby nauczyć się stosować bardziej efektywne, motywujące do lepszej pracy metody wynagradzania. Wzorów do naśladowania bez liku. Ot choćby brytyjski system promujący rzetelne działanie i/lub osiąganie celów zdrowotnych. Kilkadziesiąt prostych do wyliczenia wskaźników, osiągnięcie których leży w zakresie możliwości większości dobrze funkcjonujących w podstawowej opiece zdrowotnej podmiotów.

Rozbudowa sprawozdawczości w tym celu wcale nie jest potrzebna. Większość tego typu wskaźników z łatwością może być monitorowanych w tle pracy programu komputerowego do obsługi gabinetu lekarskiego. Że dzisiaj większość z nich jest nieskomputeryzowana? To kolejny archaizm, z którym rozprawi się czas, szybciej niż nam się to wydaje.

Być może wdrożenie nowych rozwiązań w sferze opłacania świadczeń pociągnie za sobą dodatkowe koszty, to jednak przyniosą one w przyszłości znacznie większe oszczędności. Wiem, że w dobie kryzysu trudno o tak odważne decyzje. Jednak ich brak zemści się wcześniej czy później.

- W swoim stanowisku KLRwP zauważa, że lekarze rodzinni posiadają ściśle zdefiniowane umiejętności diagnostyczno-terapeutyczne, które powinny być wykorzystane. Jak zatem według Kolegium ma wyglądać współpraca pomiędzy lekarzami wąskich specjalności a specjalistami medycyny rodzinnej?

- Racjonalizacja wydatków na świadczenia specjalistyczne, to potężny oręż podstawowej opieki zdrowotnej, zupełnie obecnie niewykorzystany. W ochronie zdrowia, jak rzadko w której innej dziedzinie sprawdza się maksyma, że „podaż rodzi popyt”. Liczba świadczeń w ochronie zdrowia, dostępnych bez jakichkolwiek ograniczeń, mogłaby być w zasadzie nieskończona. Jeżeli nawet podwoimy z roku na rok liczbę konsultacji specjalistycznych lub hospitalizacji, które pacjent otrzymuje „za darmo”, to i tak znajdą się na nie nabywcy.

Jedynym sensownym regulatorem może być podstawowa opieka zdrowotna i to ta, sprawowana przede wszystkim przez lekarza rodzinnego. Innych skutecznych rozwiązań ekonomia zdrowia w zasadzie nie zna. Nie przeszkadza to jednak różnym grupom nacisku w lobbowaniu za zupełnie przeciwnymi rozwiązaniami.

Kilka ostatnich wypadków, zresztą zupełnie bez udziału lub winy lekarzy rodzinnych, znów służy za pretekst na rzecz nawoływania do powrotu pediatrów do podstawowej opieki zdrowotnej. Jeżeli ulegniemy histerii i partykularnym wpływom, konsekwencje będziemy odczuwać przez dekady.

 

Źródło: www.rynekzdrowia.pl